Na ratunek pyszczakom z Malawi.

Jezioro Malawi od lat cieszy się sławą stosunkowo wolnego od zanieczyszczeń, które mogłyby zagrażać ogromnej liczbie gatunków pielęgnic, jakie zamieszkują te wody. Niewiele jest jeszcze takich miejsc, które nie byłyby zagrożone skażeniem przez działalność człowieka. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta - okolice jeziora Malawi są nieatrakcyjne dla przedsiębiorstw, gdyż infrastruktura na wybrzeżach jest mało atrakcyjna przemysłowo. Zawsze są jednak dwie strony medalu.

Absurdalnie jednak, to właśnie ten fakt przyczynił się do tego, że w ciągu kilku dekad liczba pielęgnic drastycznie zmalała. Powód? Brak miejsc pracy i możliwości zarobku zmuszało ludność zamieszkującą wybrzeża jeziora do intensywnego poławiania ryb. Dla lepszego efektu na początku lat 70-tych zaczęto używać długich sieci, które bardzo skutecznie przetrzebiały populacje afrykańskich pyszczaków. W ciągu 15 lat liczba sieci wzrosła 50-krotnie i nagle okazało się, że połowy są coraz mniej okazałe. W latach 90-tych sytuacja stała się już dosyć dramatyczna. Obecnie w południowo-wschodniej części jeziora już prawie nie widuje się zarzuconych sieci - bo praktycznie nie ma już tam ryb.

Do tej pory nie ma też żadnych regulacji prawnych dotyczących połowu ryb i mimo, że rozciąganie sieci jest zabronione, to nikt tego nie egzekwuje. Państwa graniczące z jeziorem nie biorą na siebie tej odpowiedzialności.

W latach 80-tych w południowej części jeziora udało się utworzyć Park Narodowy, który roztaczał się na ok. 7 km kwadratowych powierzchni jeziora - w odległości 100 metrów od lądowych granic Parku połów ryb był zabroniony. Jak łatwo odgadnąć, tylko na papierze. W rzeczywistości rybacy tworzyli swoje bazy wypadowe nawet na wysepkach Maleri, leżących na terytorium Parku.

Promyk nadziei pojawił się w 2006 roku, gdy grupa Malawijskich miłośników jeziora mianująca się "Waterlands" dostała pozwolenie na pielęgnację obszarów objętych Parkową ochroną. Udało im się przegonić kłusowników i zajęli się konserwacją wyniszczonego biotopu. Na piaszczystych terenach zaczęto zaszczepiać roślinność z innych części jeziora, która tutaj już całkowicie zanikła, niszczona przez sieci rybaków. Zabieg ten miał skusić do przybycia na powrót w te rejony ryb z grupy "Utaka", dla których bogata roślinność jest miejsce rozrodu, gwarantując schronienie dla dorastającego narybku. Jednak kluczową akcją jest rozstawianie swoistych pułapek na sieci kłusowników. Jest to proste, ale skuteczne urządzenie zrywające/chwytające zarzucane sieci. Skonstruowanie pojedynczego egzemplarza nie jest drogie (ok. 13$), ale aby przynosiły wyraźny efekt, musi ich być rozstawione pod wodą olbrzymie ilości (ok. 2000 szt.). Należy dodać, że Waterlands wykonują te pułapki samodzielnie, z dostępnych materiałów zdatnych do użycia.

Już obecne raporty dowodzą, że akcja jest skuteczna i ryb przybywa w oczach, jednak pracy do wykonania jest wciąż wiele. Najnowszy problem, to na przykład trudność w znalezieniu stalowych elementów, które mogłyby posłużyć do konstrukcji nowych pułapek. Podobno Chińczycy skupują od Afrykańczyków wszelki dostępny stalowy złom. Waterlands muszą szukać więc wszelkich dostępnych możliwości - wykorzystują na przykład zdobyte wraki samochodów.

Na szczęście wiele miłośników pielęgnic, organizacji akwarystycznych i instytucji włącza się do akcji ofiarowując wsparcie pieniężne, co umożliwia dalsze skuteczne działanie. Powstał ku temu specjalny fundusz o nazwie Stuart M. Grant Cichlid Conservation Fund , na który każdy może ofiarować własną dotację (przez konto PayPal) i tym samym osobiście przyczynić się do ratowania jednego z najcudowniejszych podwodnych światów. Dodam tylko, że nie często ma się okazję tak realnie wspomóc środowisko naturalne, w którym mieszkają ryby, które tak często goszczą w naszych akwariach.

Więcej informacji tutaj.

1 komentarz: